Po mniej więcej 2ch tygodnia pobytu w Paracuru i okolicach postanowiliśmy ruszyć się na wycieczkę. Wynajęliśmy dwa super samochody, które idealnie nadawały się w trudny brazylijski teren, czyli małe Chevrolety i po trudach zapakowania się w te super fury wreszcie ruszyliśmy na północ. Skład każdego samochodu był 4 osobowy.
Brazylijskie drogi do najłatwiejszych nie należą, ponieważ nigdy nie wiadomo co wyskoczy (dosłownie) za zakrętem. Odległości między jednym a drugim miastem take bywają nie małe, więc człowiek jest zdany sam na siebie i swoją pomysłowość w razie jakich przygód.




W Brazylii mieszkańcu podróżują w taki sposób.

A to Guajiru – wiosna gdzie nasz przyjaciel Marchewa ma piękny dom.

Wiata

Palmiasta uliczka w Guajiru

A to już plaża w tej wiosce – trzeba przyznać, że malownicza.

Najbliższe większe miasteczko od Guajiru oddalone jest około 10 km. Są knajpki, jest też kościółek. Nie omieszkaliśmy sobie zrobić pod nim zdjęcia.

Wuju – Autor sporej ilości zdjęć z Brazylii jakie możecie zobaczyć w tym blogu. Tu na zdjęciu przed posiadłością Marchewy.

Basen nad brzegiem morza w Gujiru.

Piękny bilboard.

Mozaika w Mundao

A to już kolejne miejsce Ilha de Guajiru – Ecological Paradise. Bardzo rozreklamowane, ale typowo niemieckie no i jedzenie w bazie wręcz tragiczne! Na szczęście kilkaset metrów dalej we wiosce można już zjeść normalnie, w normalnych cenach. Generalnie ni jak się to miejsce ma do Paracuru. Można się tu zatrzymać co najwyżej na jeden dzień.

No jak już byliśmy to i grupowe zdjęcie się zrobiło.

Sklep meblowy.

Zachód słońca nad podmokłym terenem.

A tu Mleczny i przygoda się zaczyna. Jesteśmy już wyprowadzeni przez przewodnika na plaże (jakieś 15 km po kompletnych bezdrożach), teraz mamy do przejechania tylko kolejnych 15 km po piachu. Pora spuścić powietrze z kół naszych super Chevroletów i na kapciach, w nocy przez Brazylię jedziemy dalej do Jericoacoary.

Plaża w Jeri to ponoć jeden z cudów świata. Może trochę.

Sprzedaż rybek prosto z łódki, a nie jakieś przereklamowane giełdy rybne.

Smokie w innym wymiarze

Geologiczna ciekawostka, nie wiem co to za skały, ale ładne były.

Ekipa z drugiego samochodu czeka na nas i się nie nudzi.

A to właśnie my się tu smażymy i idziemy zobaczyć kolejny brazylijski cud świata.

Ci przy samochodach nadal się nie nudzą.


Ech…

Tak, to jest właśnie ten cud świata do którego szliśmy.

Cud świata zobaczony
Nie byl tego wart
A teraz mamy nowego przewodnika złapanego w Jeri i jedziemy dalej, a raczej płyniemy dalej na tratwie.

Potem znowu piach (i tak w sumie przeszło 700 km robiliśmy w jedną stronę na tej wycieczce).

W drodze do rzeki parnaiby przypadkowo znaleźliśmy się w takiej oto miejscowości, gdzie z pod pichu wystawało to. To to prawdopodobnie fragment tarczy archaicznej platformy brazylijskiej. Piękna sprawa, kryształy po 3 cm duże. Na szczycie jednej z takich górek było sanktuarium.

Ewcia i Koniu.

Między tymi kamieniami była sobie kałuża wody i chłopaki stwierdzili, że mimo syfu jaki w tej wodzie pływa muszą trochę popływać na kite. W końcu sceneria niesamowita !!!!

Jakoś z Ewą udało nam się wreszcie ich wystartować.

Planeta Małp.

W 10 minut chyba wszystkie dzieciaki z okolicy były nad kałużą. W końcu do morza mamy jakieś 60 km! Podejrzewam, że większość z nich kita widziała pierwszy raz.

Dymy z wypalanych traw.

Niedaleko tej rzeczki przekroczyliśmy granicę naszego stanu Ceara.


Idzie sobie. Nie pierwsza z resztą.

No i kolejny spot kajtowy, gdzie dzięki wspaniałej znajomości Portugalskiego Wuju zamówił całkiem przypadkiem 3 wielkkkie ryby.

I wreszcie jest! Nasza rzeka w dżungli. Tylko gdzie te zwierzęta? W sumie to były dwa różowe ptaki, 3 mikro pająki na łódce i dwa warany czy legwany na drzewie. I po za tym z 5, a może więcej godzin bujania się powolną barką po rzece.

Wuju Surfista.

Lasy namorzynowe, piękna sprawa.

To ja.

A to Wuju cały szczęśliwy w Lagoa Grande, że na drugim brzegu taaaam daleko w tle na zdjęciu nie zjadły go piranie, bo wziął sobie za mały latawiec i trochę kilometrów go zwiało. Na szczęcie Moto taxi ruszył do akcji ratunkowej i przywiózł Wuja z tej dżungli.

Niedaleko Lagoa Grande znaleźliśmy fajną Pousadę. Konik właśnie bada co będzie na kolację. Jedzenie jakie tu dostaliśmy było tak dobre, że w życiu chyba bardziej się nie najadłam. Wygryźliśmy i wylizaliśmy wszystko co było na stole.

Piotrek postanowił spać w ekonomicznej wersji – w hamaku baleronie (bo z siatki).

Znowu przeprawa, tym razem trochę większą tratwą.

Wuju On-line.

Błogie znużenie super wycieczką po rzece

Nuuuuda dalej.

Drzewka namorzynowe to jedyna atrakcja jaka podczas rejsu nam się trafiła.

W sumie gdybyśmy nie pojechali na tą wyprawę, to na pewno nie było by tak fajnie
I oczywiście te zdjęcie to zaledwie 10 % tego co zrobiliśmy i przeżyliśmy. Poetyckie zakończenie
